Ksiądz pana wini, pan księdza

„Ksiądz pana wini, pan księdza, A nam prostym zewsząd nędza…”

Nasza polska polityka nie jest mocna. I rzadko kiedy była mocna w czasach nowożytnych; wyjątków można szukać w dziele Konstytucji 3. Maja, w epizodach II. Rzeczpospolitej.

Świat patrzył z uwagą i podziwem na to, co działo się w krótkich miesiącach pierwszej „Solidarności” i … trochę czekał, że właśnie w Polsce stanie się jakiś polityczny cud. Ale cudu nie było, komunistyczna junta skazała nasz kraj na kolejne lata upadku, bylejakości, utraty wiary. Historyczny kompromis roku 1989 był już i do dziś jest postrzegany różnie. Nie tylko nas bardziej podzielił niż połączył, ale dał się w pamięci świata wyprzeć takim wydarzeniom jak wybór niekomunistycznego prezydenta Czechosłowacji czy zburzenie berlińskiego muru. Teraz nasza polityka nie dość, że słaba – staje się jeszcze coraz bardziej śmieszna. Żałosna, mętna, kłótliwa. I nie jest szanowana przez nikogo, nawet przez samych polityków. Oni, zwykle ci sami od lat, zmieniający czasem partie, przyjaźnie i ideały, ale obracający się zwykle w starych, wyblakłych, niewartych zmiany dekoracjach zdążyli się już przekonać, że w naszych czasach polityka nie jest wysokoTeraz, wobec groźby możliwego kryzysu, zainteresowanie uprawianiem prawdziwej polityki jeszcze spadło. Koalicja rządowa robi wiele, by uciec od politycznych zobowiązań czynionych wcześniej, żeby przetrwać i doczekać jakichś lepszych czasów, ale i opozycja; drę- „Ksiądz pana wini, pan księdza, A nam prostym zewsząd nędza…” twa i rozbita, pławiąca się w zwykłym partyjniactwie nie ma – tak naprawdę – ochoty rządzić, zastępując tą namiętność zwykłą chęcią jak największego osłabienia i zdeprecjonowania przeciwników. Wszyscy wszystkimi dziś gardzą – nikt nie jest w stanie pokazać porywającego programu politycznej odnowy. ceniona. Rośnie liczba polityków, ale polityki w życiu publicznym – coraz mniej.

I w takich właśnie momentach zwykle pojawiają się szarlatani. Ten dzisiejszy nazywa się Paweł Kukiz. Kukiz to w sumie gostek dość pozytywny; normalny, stroniący od image typowego celebryty, popularny muzyk i pieśniarz wiele razy dawał dowody swego patriotyzmu. Czegoś mu jednak widać dotąd brakowało, bo nagle postanowił stanąć na czele obywatelskiej krucjaty i szukać poprawy życia politycznego w nienowym już w sumie pomyśle, co jakiś czas wracającym na poziomie akademickich, teoretycznych rozważań, w jednomandatowych okręgach wyborczych do Sejmu. I trzeba przyznać, że w czasach po ACTA, po marzeniach wielu na sprawcze zdolności tłumu, ulicy – postulat zrobił się dość popularny: o JOW-ach się mówi, pisze, dyskutuje, spiera. A wszystko niby po to, że jeśli byłoby inaczej niż teraz, to niby to miałoby być lepiej. Z wypowiedzi samego Kukiza i wielu interpretatorów już niewiele więcej wynika; ma być lepiej, a kto tego nie chce – ten przecież zaprzaniec i wróg. Ale dlaczego miałoby to lepiej się stać? Niby, że sama demokracja, czyli uproszczenie procedury zgłaszania kandydatów na posłów, miałaby tak uszlachetnić przyszłych reprezentantów narodu, żeby nagle zaczęli bardzo się przejmować swoim posłannictwem i zamiast dbać o interesy własne – nagle mieliby zacząć dbać o wspólne? Wizja piękna, ale naiwna.

Słusznie pisze w sierpniowym numerze Nowego Państwa Mateusz Matyszkowicz, że im lepiej mają się politycy, tym gorzej – polityka. I że najlepszym sposobem na zniszczenie polityki jest sprowadzenie jej do osób – co tak zniewala współczesne społeczeństwa, które przestają być same zdolne do uprawianie polityki, oddają się za to partyjnym liderom. To wszystko prawda, ale jak robić demokrację przy braku demokratów? Skąd nagle miałoby się pojawić niezbędne do kontrolowania wystawionych przez siebie (a nie przez partyjnych liderów) i wybranych w systemie JOW-ów posłów – „polityczne społeczeństwo obywatelskie”; jeśli od kilkudziesięciu lat, najpierw komuniści, a potem elity III. Rzeczpospolitej robiły wszystko, żeby „społeczeństwo obywatelskie” broń Boże „politycznym” nie było, a nawet być nie chciało? Jeśli chcemy przez polityczność nazywać zdolność do dokonywania etycznych ocen zachowań i zdarzeń zachodzących w publicznej przestrzeni, do oceny tego; co dla nas dobre, a co złe – nie powinniśmy podejmować ryzyka „pójścia na żywioł”, tylko starannego, rzeczowego przemyślenia sprawy. A JOW-y takie wysokie ryzyko niestety niosą.

Z jednej strony grozi nadreprezentacja najbardziej popularnej partii, bo i tak od myślenia w kategoriach partyjnych się u nas nie ucieknie . A skutkiem nadreprezentacji może być jeszcze silniejsze niż dziś umacnianie się jednaj partii, brak w parlamencie realnej opozycji, której rolę przejąć mogliby jeszcze liczniejsi niż dziś w Partii Palikota „ludzie znikąd”, demagogiczni bohaterowie jednej kampanii, cwani krętacze, zakłamani populiści, ludzie bez talentów i bez właściwości.

Bo jak budować demokrację bez demokratów? Powiedzą Czytelnicy: dobrze Darkowi krytykować, sprzeciwiać się dobrym pomysłom, ale – co zaproponuje w zamian? To byłoby dobre, mądre i potrzebne pytanie. Ale o mojej własnej recepcie na to, co zrobić napiszę w następnym felietonie.

Dariusz Sobolewski

sobolewskid@wp.pl

Comments are closed.